Co dwie matki to nie jedna, czyli jak matka matce radziła

Co dwie matki to nie jedna, czyli jak matka matce radziła

Nareszcie urlop, jeśli tak można nazwać dwutygodniowy wyjazd podczas urlopu macierzyńskiego. Pakowanie walizek nigdy nie należało do moich ulubionych czynności, bo zawsze brukuje mi miejsca. Dotychczas w walizce męża miałam swoją przestrzeń i mogłam tam upchnąć rzeczy, które nie mieściły się w mojej, ale ta podroż jest wyjątkowa, ponieważ to nasz pierwszy wyjazd z Dzidziulkiem. Dla mnie oznacza to, że muszę spakować maciupkie ubranka do mojej walizki, a ponad to miejsce u męża, które zawsze przysługiwało mnie, teraz zajmują grzechotki i gryzaki. No cóż, czarne szpilki zostają w domu. Nie wiem właściwie czy bym je założyła podczas tego urlopu. Prawdopodobnie nie, ale lubię być przygotowana na każdą okazję. Kobiecy typ tak ma 🙂 Auto spakowane. Stoję, patrzę i oczom nie wierzę. Nasz sporych rozmiarów samochód, do którego zawsze pakujemy wszystko bez problemu, dziś wygląda jak Fiat 126P po zakupach w Ikei.

Po kilku zmianach środka transportu i długich godzinach podróży, docieramy do celu. Babcia i Dziadek. Dla nas wciąż rodzice, ale po pojawieniu się dziecka, ich rola nabiera nowego znaczenia. Cały pobyt przebiega miło, gwarno i w wielkim pędzie, w nieodłącznym towarzystwie babć, dziadków, cioć, wujków, prababci, pradziadka, kuzynów i kuzynek. Jednym słowem rodzina <3 Jest więc mnóstwo rąk do noszenia naszego, jakże słodkiego ciężaru. Odwiedzamy i sami jesteśmy odwiedzani, w związku z czym spokoju i ciszy zaznajemy tylko w nocy.  Podczas naszego urlopu kilka razy dowiaduję się, że za lekko ubieram dziecko i że częściej powinnam zakładać jej czapeczkę oraz ciepłe skarpetki. Każdego dziwi, że po kąpieli zamiast szybko pakować maleńkie ciałko w śpioszki, my owinięte samym ręcznikiem urządzamy sobie domowe spacery, nucąc ulubione piosenki i pomimo niezadowolenia męża, mamy nawet naszą własną wersję „Despacito”.  Nie pozostaje bez komentarza również fakt, że Dzidziulka nie zna jeszcze smaku gotowanej marchewki, ani jabłkowej papki i obce jej są granulowane herbatki na problemy z brzuszkiem. Zostaję poinformowana, jak ułatwić sobie kąpiel maluszka nie mając wanienki, które kosmetyki uczulają i jak uchronić ubranka przed ciągłym atakiem śliny.

„Nie wiem, czy temu podołam. Lubię słuchać rad, ale wszystko ma swoje granice” – myślę sobie i oczami wyobraźni wracam do naszego domowego zacisza, gdzie nie dosięgają mnie żadne uwagi i konstruktywna krytyka. Świadoma tego, że nie są to uszczypliwe komentarze, a jedynie troskliwe wskazówki wywołane chęcią opieki i niesienia pomocy, blokuję moje destrukcyjne myślenie. Zdaję sobie sprawę, że bliscy chcą dla nas dobrze, a ich silne zaangażowanie jest spowodowane codziennym brakiem naszej obecności w ich życiu. Postanawiam więc czerpać z ich wiedzy jak najwięcej. Owszem, matka wie najlepiej, szczególnie ta, która wychowała nas samych i nasze rodzeństwo. Lecz biorąc pod uwagę zmienność mody, zasad żywienia i ogólnie przyjętych norm, powinniśmy wymieniać się doświadczeniami i wiedzą oraz uzupełniać wzajemnie jej ewentualne braki. Coś, co sprawdzało się kiedyś, niekoniecznie będzie działać dziś i odwrotnie. Czasem warto wypróbować stare, sprawdzone sposoby, by ułatwić życie sobie i polepszyć byt naszemu maleństwu. Problemy nie zmieniają się na przestrzeni lat, a jedynie podejście do nich i sposób ich rozwiązania. Nie upieram się, że jestem wszystkowiedzącą matką, dlatego często pytam i chętnie polegam na zdaniu bardziej doświadczonych ode mnie. Generalnie mamy jeden cel – wychować zdrowe, szczęśliwe dziecko 🙂 Mając to na uwadze pozwalam ingerować w nasze codzienne rytuały babciom i ciociom (męska część plemienia w tej kwestii najczęściej przybiera postać biernego komentatora, aniżeli czynnego operatora 😉 Niech też się wykażą, a co!

Kiedy więc nadchodzi czas rozstania i wracamy do domu, czuję się z jednej strony komfortowo, z drugiej jednak czegoś brakuje. Cisza, która nas otacza jest muzyką dla moich uszu i torturą pustki zarazem. Nikt nie wychodzi nam na spotkanie i nikt nie sprzecza się o kolejność wzięcia Dzidziulki na ręce. Nie słychać żadnych słów wsparcia, ani pytań o jej samopoczucie i o to co dziś jadła. I pomimo tego, że ich brak nadrabiamy codziennie z mężem ze wzmożoną siłą, chętnie posłuchałabym opowieści, jak dawniej wychowywało się dzieci, ale nie ma przy mnie nikogo, kto przeżył macierzyństwo. Dopiero wróciliśmy, a ja już chcę wracać. Planuję więc następny urlop u bliskich. Póki co chwała temu, kto wymyślił skype.

A jak Wy reagujecie na rady odnośnie wychowywania dzieci?

Czy pomoc ze strony bliskich to u Was codzienność, czy tak jak w naszej sytuacji dobro deficytowe?



16 thoughts on “Co dwie matki to nie jedna, czyli jak matka matce radziła”

  • Kochana wpis genialny! Wiem coś o tych „dobrych radach” byłam ponad 6tyg na „urlopie” i kiedy wróciłam byłam szczęśliwa ,a zarazem zagubiona co dalej i czy warto dalej tu byc? Bez rodziny i znajomych,ale stwierdzam ,że skype to tez dobra strona tego ,ze ich widzę po drugiej stronie laptopa. 🤣 Mam święty spokój i nikt nie skrzeczy mi nad głowa 😊

    • Racja, wszystko ma swoje dobre i złe strony, jednak zaangażowanie rodziny wydaje mi się ważne ze względu na dystans jaki nas dzieli.

  • Słucham rad rodziny, ale w wychowaniu dziecka kieruje się swoją wiedzą i intuicją. Wiele kwestii przecież znacząco zmieniło się na przestrzeni lat.

    • Zgadzam sie z Tobą, wiele kwestii się zmieniło, ale wiele pozostało takich samych, dlatego rady rodziny są ważne, lecz kobieco -matczyna intuicja najważniejsza 😉

  • Trzeba po prostu wysłuchać. Jak zwykle dziadkowie też chcą dobrze i to z troski, a troska jest z miłości 😉 Czasami irytuje, ale z drugiej strony jest piękne. I tak będziecie wychowywać dziecko po swojemu, a komentarze można jakość znieść ( oczywiście są tez i tego granice).

    Co do Fiata, to skojarzyło mi się z czasami PRL i obrazkami walizek na dachu samochodu – takie wielkie, brązowe i cała rodzina jadąca na wczasy do Stegny 😀

    • Też kiedyś będziemy dziadkami i pewnie będziemy się cieszyć, jeśli nasze słowo bedzię brane pod uwagę.
      Jeśli chodzi o auto, to rzeczywiscie czułam sie jak za czasów PRL, gdy sie pakowalismy 😉

    • Ja osobiście cenie wszystkie rady, nawet te, o które nie proszę. Ważne jednak by nie były, jak to ujęłaś, nachalne.

  • Chociaż babcine rady najczęściej nie są zbyt „na czasie”, jednak uważam, że nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, dobrze jest przynajmniej przyzwolić na ich udzielenie. Jak by nie było są one oznaką troski o wnuka/wnuczkę:) A dla mnie osobiście są fantastyczną opowieścią o czasach, które sama pamiętam jak przez mgłę, a które przecież już nie powrócą 😉

  • Oj ja też znam te wszystkie dobre rady… Moja mama, tata no i babcia! Nie lubię tego, ale mam to samo uczucie co Ty po powrocie do domu. Zrzędzą, gadają swoje, ale jednak czegoś brakuje. 🙂 My mieszkamy we Francji i kolejne odwiedziny dopiero na święta. Teraz na szczęście doradzają przez Skypa. 🙂 Pozdrawiam!

    • My też planujemy odwiedzic dziadków ponownie na święta. Już nie mogę się doczekać. Co my byśmy zrobiły bez tych internetów? 😉 Pozdrawiam

  • Dosłownie wczoraj na blogu napisałam podobny artykuł 🙂 trzeba umieć rozpoznać, które są dobre, które są złe, które są zupełnie zbędne i tylko mącą nam – matkom – w głowach. Ale trzeba też umieć przyjąć pomoc. Nie każda rada to wypunktowanie wad matki, lecz życzliwy gest od bardziej doświadczonych. Pozdrawiam i zapraszam do siebie żeby porównać spojrzenie na ten sam „problem” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *